NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

PRESS THE RED BUTTON

W moim życiu, tak jak i w Waszym zapewne, wydarzenia ważne zaczynają się od normalnych słów. Tym razem było tak samo. Wszystko zaczęło się od normalnego słowa: guzik?

By móc wrócić do tego wydarzenia jeszcze raz „zatonę
w bezsensownej plątaninie, której na imię HISTORIA, wkroczę do zastygłych i niemych sal, gdzie szelest z kartki wydaję się wystrzałem z armaty” (Oriana Fallaci „Kapelusz cały w czereśniach”).

Od czego zaczęła się ta historia? Po prostu od okna. Normalnego biurowego okna, a nawet tafli szkła, przy której prawie codziennie w ciągu ostatnich czterech lat zaczynałem dzień. Przynajmniej przez połowę tego czasu, patrzyłem na nie pośpiesznie, ukradkiem.
W istocie w ogóle nie dostrzegałem tam okna, a co gorsze nie dostrzegałem tego, co działo się poza nim. Widziałem i patrzyłem tylko na ludzi i wydarzenia wewnątrz „ZAMKU”. Absorbował i pociągał mnie tylko świat wewnątrz, ten na zewnątrz tylko w relacji do tego pierwszego. I w takiej korelacji trwałem, zmieniałem się i żyłem.

Nagle 10 września 2012 o nieludzkiej porze, bo parę minut po #5 rano, okno zadrżało i przemówiło. Wtedy po raz pierwszy świadomie złapałem sam siebie na gorącym uczynku. To było zaskakujące. Przyłapałem się na rozmowie z oknem. Poczułem się dziwnie. Rozejrzałem się uważnie dookoła i tak by nikt nie zauważył, zacząłem z MOIM OKNEM pierwszą świadomą, MOJĄ ROZMOWĘ. Nikt zresztą i tak nie zauważył, przecież żaden wariat nie przychodził do pracy do korporacji o 5 rano. Ja przychodziłem. Przez wiele lat, przychodziłem dla „ZAMKU”.
Przez kolejne dwa lata zaprzyjaźniałem się z moim oknem, rozmawialiśmy codziennie. Opowiadał mi o świecie na zewnątrz. Opowiadał mi o ludziach, ich historiach i miejscach, w których się dzieją. Im dłużej się znaliśmy, tym częściej rozmawialiśmy. Nie tylko w porannych godzinach. Nasze rozmowy, moje wpatrywania z początku były krótkie i nieśmiałe. Tak długo nie było mnie w tamtym jego świecie. Byłem i żyłem na „ZAMKU”. Wraz z upływem czasu patrzyłem odważniej. Przekonywał mnie zresztą do tego swojego świata, pokazywał ciekawe rzeczy. Robił to nieśpiesznie. Wytrawny gracz. A ja coraz częściej wpatrywałem się w te jego „normalne historie” i coraz rzadziej absorbował mnie mój świat.

I tak wsłuchując się w odgłosy dobiegające z mojego okna, 6 miesięcy później postanowiłem WYJŚĆ NA ZEWNĄTRZ. Tego dnia zacząłem przygotowywać się do mojej zmiany. Chciałem jej bardzo. Moje przygotowania trwały 18 miesięcy. By poczuć się gotowym
i pewnym, wiele musiałem zrobić. Nie chciałem wyjść i się bać. Po 18 miesiącach byłem gotowy.

Mimo MOJEJ GOTOWOŚCI nie wyszedłem. Przez kilka następnych miesięcy stałem na progu i nie wychodziłem.
Wciąż rozmawiałem z oknem. Pytało mnie, kiedy wyjdziesz?, A ja tylko powtarzałem: już niedługo, zobaczysz. Jednak nie wychodziłem. Zacząłem się czuć nieuczciwie wobec „ZAMKU”, przecież byłem gotowy, a nie wychodziłem, tylko trwałem bezpiecznie. Trwałem, choć sprawy tego zamku już nie były moimi sprawami.

W czasie tego mojego trwania, spotkałem się po raz pierwszy z „MOIM COACHEM”. Nie był to pierwszy coach, z którym pracowałem. Ale ten był rzeczywiście „MÓJ”.
Nasze spotkania były częścią „zamkowej drogi” na szczyty. Było ich dokładnie sześć. Każde z nich trwało 1,5 godziny.
Podczas spotkań odpowiadałem na pytania. Nic ponadto nie robiłem. Kiedy odpowiadałem na pytania, opowiadałem sobie własną historię. Dzięki temu mój cel stał się dla mnie jasny. Chciałem dowiedzieć się - czy wyjść, czy zostać? I dowiedziałem się.

Osiągnąłem cel w trakcie naszej ostatniej rozmowy.
„MÓJ COACH” tak, jak „MOJE OKNO”, choć nie powinien, zadrżał i przemówił. Po raz pierwszy i ostatni nie zadał mi pytania. Po prostu powiedział:

- tristan, wyobraź sobie czerwony, ważny guzik.
Wyobraziłem sobie.

- wiesz, że jak go naciśniesz wszystko się zmieni.
Wiem – odpowiedziałem.

- to go naciśnij – jesteś gotów. Twoja dłoń od dawna jest tuż nad nim.

W oryginale brzmiało to: „press the red button”

Następnego dnia był 10 września 2014 roku. Pod koniec dnia wysłałem do „MOJEGO COACHA” krótką wiadomość:

I pressed the red button.
thx.


I wyszedłem z „ZAMKU” w Nowy Rok.

Jeśli więc i w Waszym życiu jest jakiś „ZAMEK”, jest jakieś „OKNO”
i jakiś „CZERWONY GUZIK”:

to nie czekaj: PRESS THE RED BUTTON.


PS1.
Dziś wiem, że bez coacha, jego pytań i tak wyszedłbym z „ZAMKU”.
Wyszedłbym dużo później.
A tak wyszedłem w samą porę.
Dziękuję.

A może w ogóle bym nie wyszedł? Kto wie.
Jednak wyszedłem i jest mi z tym dobrze.
Cholernie dobrze.

tristan tresar
Trwa ładowanie komentarzy...