właśnie, właśnie nagrywamy. jak nagrywamy to nagrywamy.
i tak wszystko zaczęło się dzisiejszego poranka tuż po dobrej, porannej kawie i herbacie. nie czekając dłużej, w małej sali szkoleniowej w centrum Warszawy zaczęliśmy pracowity dzień nagraniowy. przed nami, czyli przed ekipą i mną stanęło niełatwe zadanie. w ciągu jednego dnia nakręcić intro, sześć sześciominutowych filmów edukacyjnych i teaser. wszystko w kilka godzin. i do tej pory jeszcze ze sobą nie pracowaliśmy. i rozkręciłem się ja i rozkręciliśmy się wszyscy, tak, że już po kilku godzinach materiał był gotowy. niebywałe. a stało się.
a właściwie to co takiego się stało? – zapytasz.
stało się, stało.
tuż po wyjściu z sali z całym impetem uderzyła we mnie niecodzienność tej sytuacji a na łopatki rozłożył mnie wniosek.
sześć filmów sześciominutowych, sześć opowieści, sześć instrukcji.
z bliskim kadrem i bez publiki.
w obiektywie kamery, oczy twojego słuchacza lub słuchaczy, których nie widzisz.
i jeszcze potrzebny jest Ci uśmiech, polot i energia.
same ograniczenia i utrudnienia.
czas filmu nie dłuższy niż 6 minut. nie mógł być krótszy i nie mógł być dłuższy. zawsze miał być taki sam.
potrzebny był bezruch. nie mogłem się więc za bardzo poruszać. dopuszczalny był tylko ruch dłońmi i oczy przez czas trwania nagrania wpatrzone w obiektyw.
bez slajdów i bez innych pomocy.
tylko ja i obiektyw.
tylko ja i język, precyzyjny język.
instrukcje od ekipy, możliwe powtórki.
i jeszcze adrenalina i stres.
sam wiesz, wystąpienia publiczne.
i co? i działo się:
instrukcje od ekipy same się słuchały.
trema była, jednak tylko ta dobra.
język też był. był precyzyjny. i nie ucierpiał. ci co słuchali, mówili, że był ciekawy.
i były oczy wpatrzone w obiektyw. i były oczy mojego odbiorcy w obiektywie.
nie było slajdów i nie było innych pomocy.
i był pożądany bezruch. to fakt nie było tańca, nie było chwiania się na boki. kontrolowałem się i niosły mnie emocje.
i co ciekawe 5 na 6 filmów zakończyło się takim efektem, że w każdym z nich puenta wybrzmiewała wtedy, kiedy na stoperze trwało końcowe odliczanie 3,2,1. raz tylko wybrzmiała 10 sekund wcześniej.
a kilka lat wcześniej:
na pewno nie skończyłbym mówić o czasie;
na pewno nie zachowałbym pożądanego minimalnego ruchu.
i nie wpatrywałbym się w obiektyw, tylko wzrok był miał rozbiegany.
i po tym wszystkim dotarło wreszcie do mnie:
to wszystko co się dziś wydarzyło to dowód na to, że możemy się DOSKONALIĆ, że możemy rzeczy robić lepiej.
potrzebujemy tylko jak mówi Daniel Kahneman:
czasu, czyli PRAKTYKI: może 10.000 Ericson’owskich godzin.
wysokiej jakości INSTRUKCJI: jak to robić? (takich instrukcji jakie ja otrzymałem dziś od ekipy filmowców)
i na koniec potrzebujemy jeszcze wysokiej jakości INFORMACJI ZWROTNEJ.
i po pewnym czasie puenty zaczną wybrzmiewać w trzech ostatnich sekundach…
